Zawsze byliśmy solidarni! - o walce przed i w trakcie jaśminowej rewolucji opowiada Adel Azzabi
2012-06-15
26 stycznia 1978 roku zorganizowaliśmy pierwszy duży strajk powszechny. Zakończył się represjami na każdym polu. Później w 1984/85 roku w Tunezji miało miejsce tzw. powstanie chleba, czyli pierwsza próba rewolucji. W latach 80-tych, kiedy u Was Solidarność walczyła o demokrację my w Tunezji zorganizowaliśmy dużą akcję poparcia "Solidarni z Solidarnością" - o Tunezji przed rewolucją i w jej trakcie opowiada Adel Azzabi.


Założone przez Pana stowarzyszenie jest wyjątkowe jak na warunki tunezyjskie. Przede wszystkim istnieje już ponad 20 lat i jest jedną z najstarszych w kraju inicjatyw obywatelskich, która powstała na długo przed upowszechnieniem się pojęcia "społeczeństwo obywatelskie".

Rzeczywiście istniejemy już od 1989 roku. L’Associaation des habitants d’El Mourouj 2 powstało z konieczności i nie miało nic wspólnego z ruchem politycznym. Dzielnica Mourouj 2 to duży obszar położony dość daleko od centrum Tunisu. Pod koniec lat 80-tych powstało tam olbrzymie wysypisko śmieci zwożonych z całego miasta. 150 ton śmieci dziennie gromadzono tuż przy tak dużym skupisku mieszkańców. Można sobie tylko wyobrazić jak bez nowoczesnego gospodarowania odpadami zaczęło wyglądać życie osiedla. W dodatku na wysypisko wpuszczani byli tzw. "zbieracze metalu", którzy w poszukiwaniu cennych dla siebie materiałów palili całe góry śmieci. Wiatr roznosił wielką chmurę dymu po całym Mourouj. Nie mogliśmy na to pozwolić, nasze własne domy zaczęły być zagrożeniem dla naszego zdrowia.

Dlatego też bardzo szybko udało się zmobilizować wszystkich mieszkańców. Było nas wtedy 9 tysięcy, teraz na osiedlu mieszka 25 tysięcy ludzi.

Jakie były wasze pierwsze działania?

5 czerwca 1988 mieszkańcy razem z dziećmi ustawili się przed wjazdem na wysypisko i zablokowali drogę. Moja córka miała wtedy 3 lata i stała tam ze mną jak inne dzieci. Na plakatach napisaliśmy "Pomóżcie nam, bo się udusimy" i podpisywaliśmy je "dzieci Mourouj". To było 7 miesięcy po wybraniu Ben Alego na przywódcę państwa i on jeszcze wtedy chciał stworzyć pozory demokracji.

Jak zareagowała policja i służby miejskie?

To zabawna historia. Policja nie przyszła na nasz pierwszy protest, bo był akurat mecz Tunezji z Kamerunem. Ale za to zainteresowała się tym prasa. Nie było jeszcze wtedy tak silnej cenzury, więc ukazał się artykuł porównujący nasze wystąpienia do I Intifady palestyńskiej. Potem przyszły represje, a policja zaczęła nam grozić i używać siły, rozpędzając nasze demonstracje, choć nikomu nie robiliśmy krzywdy i staliśmy tam z dziećmi. Musieliśmy użyć innych argumentów, żeby pokazać, że to nie my jesteśmy problemem, ale to wysypisko, które coraz bardziej szkodziło naszemu zdrowiu. Postanowiliśmy napisać petycję. Zebraliśmy 3 tysiące podpisów, czyli podpisali się prawie wszyscy pełnoletni mieszkańcy. Rząd jednak nie chciał jej nawet przyjąć. Udaliśmy się więc do Mera Tunisu. Powiedzieliśmy, że mieszkańcy Tunisu nie powinni dzielić się na tych lepszych i gorszych i wszyscy powinni być traktowani jak równi obywatele. Mieszkaliśmy na tak dużym obszarze, który był coraz bardziej zanieczyszczony, na ulicach nie było nawet doprowadzonego światła, nie było żadnych dróg, nikt nie sprzątał podwórek, nie jeździł żaden transport publiczny, było pełno dzieci, ale ani jednej szkoły, nawet jednego placu zabaw. Nie chcieliśmy się już czuć jak jakaś druga, gorsza strefa Tunisu. Mer odrzucił petycję, zakończył spotkanie z naszą delegacją i jeszcze obrażony zażądał przeprosin!

Co wtedy Państwo zrobili?


Nie daliśmy się sprowokować. Powiedzieliśmy, że jeśli okaże się, że kłamiemy to go przeprosimy, ale niech najpierw pojedzie z nami i sam przekona się czy nie mamy racji. Pod koniec września 1988 na osiedle przyjechał Mer, a w listopadzie Ben Ali, który przyznał nam rację. Trafiliśmy na dobry moment, bo wtedy chciał się pokazać z jak najlepszej strony, udowodnić, że dba o ludzi i rozwiązuje problemy. Wykorzystaliśmy sytuację najlepiej jak się dało. Zaczęliśmy modernizować osiedle, dbać o środowisko, dawać dobry przykład innym, zdobywając pozwolenie i fundusze na park miejski.

Czyli Ben Ali wam się przysłużył.


Tylko na pierwszym etapie działania. Rzeczywiście jako legalne stowarzyszenie do 1990 roku mieliśmy możliwość wysyłać ludzi na wymiany edukacyjne i kulturalne do Bordoux, Maroka, Algierii, Libanu, Włoch, Hiszpanii, Ameryki Łacińskiej i umacniać kontakty z wieloma krajami na poziomie III sektora. Kiedy skończyła się wojna domowa w Libanie i w 1994 zaczęto odbudowywać Bejrut zostaliśmy zaproszeni do konsultowania nowych projektów związanych zarówno z rolą społeczeństwa obywatelskiego w odbudowywaniu miasta jak i wdrażania nowych rozwiązań ekologicznych.

Do 1994 roku dzieliliśmy się naszymi doświadczeniami i wypracowanym know how praktycznie z całym światem. Fundacja im. Friedricha Eberta z Bonn przyznała nam grant na warsztaty ekologii i społeczeństwa obywatelskiego dla 10 przedstawicieli organizacji z Ameryki Pd., 10 z Afryki i 10 z Azji na terenie Tunisu. Przez miesiąc codziennie wszyscy prezentowaliśmy swoje doświadczenia, potem w kolejnym miesiącu nastąpiła wymiana międzynarodowa uczestników. Każdy z uczestników pojechał do jednego z krajów biorących udział w projekcie, ale znajdującym się na innym kontynencie niż jego własny kraj. Potem wróciliśmy wszyscy do Tunezji, żeby zarchiwizować doświadczenia i podzielić się obserwacjami. W ciągu 90 dni pojawiło się 30 nowych punktów widzenia z 3 kontynentów.

ONZ przyznało nam też w 1995 roku status społecznych obserwatorów i to niestety było już za dużo w opinii rządu. Stowarzyszenie zostało zdelegalizowane. Nie mieliśmy już szans na duże projekty i międzynarodowe działania.

Nie spoczął pan jednak na laurach, ale działał też na innych polach.

Nie tylko później. W Tunezji ludzie nie zgadzali się na wszystko i nie byli cały czas bierni. Już w 1946 roku w Tunezji powstała centrala związków zawodowych UGTT Union Generel des Travailleurs Tunisien. Od lat 70-tych Pracowałem w fabryce tytoniu, w której też stworzyliśmy związek zawodowy. 26 stycznia 1978 roku zorganizowaliśmy pierwszy duży strajk powszechny. Zakończył się represjami na każdym polu. Później w 1984/85 roku w Tunezji miało miejsce tzw. Powstanie Chleba, czyli pierwsza próba rewolucji. W latach 80-tych, kiedy u Was Solidarność walczyła o demokrację my w Tunezji zorganizowaliśmy dużą akcję poparcia "Solidarni z Solidarnością".

Ludzie, którzy brali udział w tych inicjatywach wiedzieli, że wielka rewolucja musi w końcu przyjść. Dlatego tak dużo pracy wkładaliśmy zawsze w edukowanie młodzieży i dlatego później w stowarzyszeniu mieszkańców mojej dzielnicy priorytetami zawsze były projekty dla dzieci i młodzieży. Populacja Tunezji jest młoda, a nie starzejąca się, musieliśmy przygotowywać dzieci do zmian i do pracy nad rewolucją.

Czyli niezależnie od aktu samospalenia Bouaziziego rewolucja była przygotowywana?

Ten akt był jak iskra, która roznieciła pożar rewolucji, ale jej sukces polegał też na tym, że Tunezyjczycy mieli już wcześniejsze doświadczenia i wiedzieli jak pokierować dalszymi działaniami. Ludzie nauczyli się też, że rząd jest przygotowany na strajk generalny, miał już doświadczenie w tym jak walczyć z jednoczesnymi protestami. W 2011 roku strategia rewolucji była inna. Powstania wybuchały w coraz nowych miastach. Kiedy w jednym wybuchło i rząd kierował tam swoje siły wybuchało w następnym, potem w następnym, tak, żeby nie dało się wszystkiego uciszyć naraz i żeby nie wiadomo było do końca gdzie jeszcze się zacznie. Tunis miał być punktem kulminacyjnym.

Co Pan zrobił kiedy do Tunisu dotarła rewolucja?

Do 14 stycznia byłem pochłonięty sprawami organizacyjnymi w UGTT. Jednak od 17 stycznia w Mourouj działała już zorganizowana straż obywatelska. To dzięki temu,że stowarzyszenie przez lata prowadziło choćby minimum działalności na poziomie lokalnym. Prowadziliśmy kółka zainteresowań dla dzieci i młodzieży, dążyliśmy do tego, żeby sąsiedzi lepiej się znali. To zagwarantowało też sukces i lepszą organizację działań w czasie rewolucji, kiedy nie było bezpiecznie na ulicach i musieliśmy się sami zatroszczyć o siebie.

Mówi Pan, że w latach 90-tych działaliście ciągle, choć nielegalnie. Na co kładliście największy nacisk.


Jak już mówiłem najważniejsza jest edukacja młodych ludzi. Lata 90-te to okres komputeryzacji, informatyzacji i globalizacji. Nie mogliśmy zostawać w tyle. Informacja to wolność i władza, dlatego powołaliśmy do życia na osiedlu pracownię komputerową dla młodzieży. Oprócz tego w miarę możliwości podtrzymywaliśmy idee wymiany kulturowej i mieliśmy o tyle szczęście, że tunezyjscy studenci mogli też studiować zagranicą (to nie było zabronione). Teraz zbieramy plony naszej pracy.

Jesteście znów legalni i z dużą energią ruszacie z nowymi inicjatywami.

Tak, od 2011 znów działamy legalnie i bardzo szybko powróciliśmy do projektów, które realizujemy dzięki m. in. wsparciu UE i UN. Mamy kolejne programy wymiany, dotyczące ekologii, demokratyzacji i tolerancji. Chcemy rozwijać też nasze projekty kulturalne takie jak festiwal dla dzieci i młodzieży, który organizujemy w naszej dzielnicy. Chcemy umożliwić młodym ludziom ekspresję dążymy do tego, żeby otwarcie i bez strachu wyrażali swoje opinie i potrafili je argumentować, żeby żyli świadomie i dbali o rozwój intelektualny oraz mądrze gospodarowali światem, który ich otacza. Kultura i ekologia to nasze priorytety. Zaczynamy od rozwoju lokalnego, żeby budować stałe mosty nie tylko na poziomie państwowym, ale między ludźmi. To jest wielka siła - więzy osobiste, bo rządy na całym świecie się zmieniają, ale ludzie będą tutaj zawsze.


Adel Azzabi
- działacz, aktywista, prezes stowarzyszenia L’Associaation  des habitants d’El Mourouj 2


Rozmawiała: Marta Górska, Wiosna Ludów



Strona główna